Blog społeczno-polityczny z prawego punktu widzenia. Konserwatyzm, neokonserwatyzm, koliberalizm.
poniedziałek, 22 października 2007
I have bad feelings about this
Gdyby ktoś przyszedł do mnie dwa lata temu z takimi wynikami i obecnie, z radości bym go ucałował. A dziś czuję tylko niedosyt. Czy jakości polskiej tzw. piłkarskiej ekstraklasy sprawia różnicę, czy ligę wygrywa Wisła, czy Legia? Spójrzmy na końcową tabelę tych rozgrywek.

PO zajęło pierwsze miejsce - kapitan Donald Tusk pokazał, że do trzech razy sztuka. Albo wreszcie zatrudnił dobrych speców od PR-u, albo nagle wydoroślał i przestał pozować na wiecznie obrażonego chłopca. W kampanii wizerunkowej zaobserwowałem prawdziwy progres w porównaniu do wyborów sprzed dwóch. Szkoda tylko, że wokół Tuska gromadzi się tyle niesympatycznych sylwetek, bardziej przywodzące na myśl ponure meliny niż sportowe boiska. I po osiągnięciu celu, jakim była detronizacja poprzedniego mistrza, mogą zacząć się wkrótce prać nawzajem.

W przypadku PiS-u, gdyby spojrzeć tylko na proporcje w Sejmie, ciężko mówić o porażce. Przegrana, owszem, Ale od 1989 jeszcze żadna partia nie utrzymała się przy władzy, a PiS, podobnie jak w 1997 SLD, zdobył więcej mandatów niż w 2005. W dłuższej perspektywie Jarosław może jeszcze planować powrót na fotel premiera, tym bardziej, że PO może naprawdę powinąć się noga.

Bardzo jestem ciekaw, kto będzie reprezentował LiD w tych wyborach. Naszła mnie bowiem taka refleksja, że lewica rozpijaczona, koniunkturalistyczna i nastawiona tylko na to, żeby się "nachapać" i tak jest lepsza od młodych ideowców, którzy jeszcze wierzą w walkę klas, a którym za plakat wyborczy wystarczy sierp i młot nabazgrany na ścianie. 53 mandaty w Sejmie oznacza stabilną pozycję i gdyby nie pewna osoba, prawdziwi ideowi lewacy nie mieliby żadnego przedstawiciela.

Przedstawicielem tym zaś może być Łukasz Foltyn. Na dzień dzisiejszy nie jest jeszcze nic pewne, choć na swoim blogu pisze on "raczej się nie dostanę". Ale ja jestem dziś pesymistą i szykuję się na najgorsze. Byłoby to naprawdę przykre, gdyby człowiek, który wzbogacił się niezmiernie dzięki jako-takiej wolności gospodarczej, zaczął wprowadzać system, przez który inni już wzbogacić by się nie mogli. Jak człowiek może z czystym sumieniem wejść na szczyt i deklarować, że będzie innych próbujących stanąć obok niego wrzucał do przepaści? Takie paradoksy tylko na lewicy... O samym PSL-u też nie mam najlepszego zdania. Raz już swojego koalicjanta zdradzili, więc i w tej kadencji podczas najmniejszych trudności oni będą umywać ręce.

Na końcu pozostaje mi ten nieszczęsny LPR... I jak zwykle kto winny? ONI. Te paskudne media. Ci niedobrzy przeciwnicy polityczni. Te kamery, które ucinają same transmisję z obrad. Mówcie sobie, drodzy UPR-owcy, co chcecie. Powiedzenie "każdy jest kowalem swojego losu i odpowiada za swoje porażki" jest tak samo prawdziwe w życiu politycznym, jak i prawdziwym. Dziękuję, panie Mikke, za głupoty wypowiedziane we Wrześni. Dziękuję, panie Giertych, za żałosne staranie stania się polskim Zapatero i narażanie polskich wojsk w Iraku! Tak jak PO udało się wykuć wygraną, prawicowa trójca w tych wyborach walnęła się młotkiem w głowę. W dużej mierze, na własne życzenie.
niedziela, 12 sierpnia 2007
Czy ekologia może być prawicowa ?!
Zanim przejdę do spraw bardziej ogólnych, muszę niestety odbębnić kawałek bieżączki. Zafrapował mnie bowiem wpis Tomasza Gontarza, będący kwintesencją poglądów sporej części prawicowców na problemy ekologii. Ocena jest miażdżąca - sympatyk "Zielonych" jest albo nieograniczenie naiwny, albo wykorzystuje tę ideologię jako tarana do realizacji brudnych interesów. Pogląd taki miałby rację bytu, gdyby całą wiedzę na temat działań ekologów czerpać z mass mediów, które to opisują z reguły przypadki najbardziej skrajne.

Nie twierdzę, że opisywane przez TG przypadki nie mają miejsca. Ależ, na litość, ograniczanie działalności ekologicznej w Polsce do szantażu, jest albo dyletanctwem, albo świadomą manipulacją. Organizacje ekologiczne mają całkiem sporo inicjatyw, mających na celu nie tylko ochronę globalną, ale i lokalną.

Jeśli wszyscy ekolodzy to idioci lub przestępcy, to czy np. pomysł zastosowania pomarańczowych lin w Warszawie jest przykładem idiotyzmu czy złodziejstwa? Do której kategorii należy zaliczyć promowanie transportu publicznego zamiast prywatnego - ekolodzy mają tajny pakt z ZTM? Inicjatywy na rzecz "zielonych mostów" również są złe?

Krytyka działalności ekologicznej jako takiej byłaby bardziej uzasadniona, gdyby konsekwencje lekceważenia równowagi w przyrodzie pozostawały cały czas teorią bądź kwestionowalną hipotezą (tak jak np. wpływ człowieka na globalne ocieplenie). Tymczasem pewne skutki negatywnego wpływu człowieka na środowisko są niepodważalne. Smog, zakwaszenie atmosfery i wód, postępujące ubywanie wody pitnej są czynnikami weryfikowalnymi i trudno je uznać za rojenia wariatów przykuwających się do drzew.

W konkretnym przypadku doliny Rospudy, nie wiem, czy w sprawę wmieszani są obcy agenci, czy nie. Teoretycznie, nie jest to oczywiście wykluczone. Ale jak w takim przypadku mogło dojść do tego, że w grudniu 2006 roku (feralna trasa była znana od czerwca) Adam Wajrak z przyjaciółmi stał się posiadaczem działki, przez którą miała być prowadzona obwodnica? Czyżby w GDDKiA również zalągł się agent odpowiedzialny za to zaniedbanie? Zresztą, gdyby Polska była krajem, w której panuje zasada Wolności, Własności i Sprawiedliwości, sprawa tej trasy byłaby z miejsca utrącona. Dla ludzi szanujących prawo własności wywłaszczenie jest zbrodnią wobec prawa naturalnego, a dojście do porozumienia jest wobec wszystkich tych wydarzeń raczej nieosiągalne.

Na tej podstawie przyznaję Wajrakowi moralną słuszność. Razem z kolegami mógłby sobie na krańcach swojej posesji powywieszać transparenty z napisem "Pozdrowienia od rosyjskiego wywiadu, frajerzy!", ale dla projektu trasy nie miałoby to znaczenia!

Pisałem w podobnym tonie pod koniec lutego. Wcześniej o wykupie gruntu pisałem hipotetycznie, a okazuje się, że już wtedy był on faktem. Notabene, ludzie którzy choć odrobinę liznęli polskiej turystyki potwierdza, że kiedyś było to naprawdę wyjątkowe miejsce. Wszelkie teksty typu "zanim nie zrobiono planu obwodnicy, to o Dolinie Rospudy nikt nie słyszał" świadczą niestety tylko o ignorancji ich autorów.

Przechodząc już od strony ogólnej, kwestie ekologii są o tyle ciekawe z punktu widzenia koliberalnego, że poruszają dwa zagadnienia:

- własności wspólnej
- prewencji i profilaktyki.

Dajmy przykład miasta Ateny. Bardzo zanieczyszczone powietrze dziala w sposób destrukcyjny na wszystkie zabytki antyczne. W dłuższej perspektywie może to spowodować wielkie, liczone w euro, szkody z tego powodu, że Akropol i inne atrakcje po prostu się rozsypią (kto widział, ten wie). Za powstałe straty nie będzie można nikogo obarczyć odpowiedzialnością, bo niby kogo? Według mnie, brak obostrzeń w komunikacji jest tu sytuacją, gdy wolność pięści (taksówkarza, wygodnisia podjeżdającego 100m z domu do sklepu) jest ważniejsza od wolności nosa (hotelarza, gościa ze straganu z pamiątkami). Być może, gdyby system ulic miał swojego właściciela (miasto, właściciel prywatny), odpowiedzialność za poziom zanieczyszczeń dało się wprowadzić. Niesie to jednak kolejne problemy, w niuanse których nie będę teraz się zagłębiał. Chciałem jedynie zaznaczyć, że stan środowiska wiąże się czasami z bezpośrednim przełożeniem na pieniądze. Od pewnych problemów nie uciekniemy, choćbyśmy nie wiem jak wkładali glowę w piasek. No, chyba że wszystkie ta sprawy mają załatwiać eurosocjaliści nad naszymi głowami?

Nie znam "optymalnego rozwiązania". Ale uważam, że jako osoby sceptyczne wobec domniemanej przez większość ekologów potęgi interwencjonizmu państwowego możemy stanowić dla nich konstruktywną opozycję. Piszę przynajmniej ze swojej perspektywy, choć mam świadomość, że za moje popieranie elektrowni jądrowych i sceptycyzm wobec wpływu człowieka na globalne ocieplenie potraktowany zostanę przez "Zielonych" za heretyka i zdrajcę i zakopany w mrowisku głową w dół. Ale, jak to ma napisane na blogu Łukasz Warzecha, jak się siedzi na barykadzie, to się najwięcej obrywa...

Bliższym i konkretniejszym przypadkiem konfliktu "technokratów" z "neopoganami" są Tatry i kontrowersje wobec remontu kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Czytałem swojego czasu, że wobec tej kolejki były sprzeciwy od samego początku powstania, a po decyzji o jej budowie cały zarząd TPN w ramach protestu poddał się do dymisji. A dzięki temu, że jakieś ekooszołomy stawiały weto, w Tatrach nie zbudowano ani kolejki wąskotorowej na Świnicę, ani na Rysy. Chodząc po Tatrach myślę, że nie ma co żałować tamtych projektów, mimo, że stawiały nas niżej w rozwoju turystyki. Ani martwić się, że z 98% prawdopodobieństwem tamtymi obrońcami przyrody byli sowieccy albo hitlerowscy agenci...
piątek, 10 sierpnia 2007
Okołopowstaniowe przemyślenia
Pisząc te słowa nie jestem skłonny ani trochę do popadania w jakiekolwiek formy sentymentalizmu. Jeśli więc ktoś jest bardzo "oczarowany" mainstreamowymi artykułami, wywiadami itp., lektura tego wpisu może być nienajlepszym pomysłem. Nie piszę akurat na temat, który powraca co roku jak bumerang: "Czy wzniecenie Powstania Warszawskiego było słuszne?". Uważam, że jest on godny uwagi, ale też nieco wyeksploatowany.

Jedną z rzeczy, za które najbardziej cenię sobie polski ruch oporu podczas okupacji, było posiadanie szerszego spojrzenia i działalność pod hasłem "Dziś - jutro - pojutrze". Nauka na tajnych kompletach i naradzanie się nad przyszłością kraju wydaje się być czymś mało widowiskowym, Ale jeśli chcemy naprawdę uczcić poległych powstańców, to bardziej niż wzniosłe teksty może ku temu posłużyć kontynuowanie tej wizji. My jesteśmy ich "pojutrzem", tymczasem nasze "jutro" jest plamą i wielką niewiadomą.

Czy wyobrażacie sobie wojskową "falę" w Szarych Szeregach albo jakiejkolwiek podziemnej organizacji wojskowej? Wyobrażacie sobie ludzi chodzących po gruzach Warszawy z chustami i śpiewających "Godzina piąta, minut trzydzieści"? Brak wizji powoduje, że w imię Honoru i Ojczyzny utrzymywana jest instytucja służby poborowej, która w rzeczywistości urąga żołnierzom AK. Ludzie z obozów narodowo-patriotycznych lubią wspominać o "obowiązkach wobec Ojczyzny". W obecnych realiach dużo ważniejsze niż jakieś symboliczne gesty jest rozwijanie wizji społeczeństwa w najprostszym kontekście: rodzinnym i osobistym.

Odnoszę wrażenie, że młodzi ludzie walczący w Powstaniu mieli ciężkie życie, ale ich wybory były mimo wszystko łatwiejsze, niż życiowe wybory, których dokonujemy dzisiaj. Mieli wielkie zaufanie do swych przywódców, co dzisiaj jest dziełem nie do powtórzenia. Dlatego też takie doniosłe celebrowanie wydarzeń z przeszłości przez elity polityczne czy medialne wydają mi się pójściem na łatwiznę. Taką próbą powiedzenia: "Patrzcie, ci szlachetni ludzie ofiarnie poszli w bój, bądźcie wierni i wy!" Wobec takich szczytnych postaw poszukiwanie najwłaściwszej drogi, budowanie, rozwijanie i propagowanie wizji idzie w kąt i staje się czymś małostkowym i filisterskim. A dla mnie to na dzisiejsze czasy jest właśnie elementem kluczowym.

Po konfrontacji moich poglądów z różnymi ludźmi wynika, że jestem eurosceptykiem. Za najważniejszego celu politycznego nie uważam "Integracji Polski z Unią Europejską" (to cytat ze strony Grzegorza Schetyny [1]). Średnio wierzę w tezę, że jedynie wspólnie "możemy przegonić USA i Chiny". Z drugiej strony, dyskusja z takim conkretem [2] sprawia, że czuję się również świadomym i dumnym patriosceptykiem. Co nie znaczy wcale, że przestalem wspierać Gniewomira Świechowskiego w jego akcji [3]. Postawa nacjonalistyczno sentymentalna jest dla mnie szeroką drogą prowadzącą na manowce. Wolę iść wąską drogą, ale bez uproszczeń i szkodliwych stereotypów.
poniedziałek, 23 lipca 2007
Poszukiwacze zaginionej kohorty
Beletrystykę Waldemara Łysiaka znałem do tej pory dość pobieżnie. Z powieści znałem do tej pory jedynie "Szachistę", a z opowiadań - zbiory "Perfidia" oraz "Łysiak fiction". Dlatego też lektura powieści "Ostatnia kohorta" była dla mnie świeżym odkryciem i mój odbiór tej książki jest pewnie znacząco inny niż dla starych baldheadowskich wyjadaczy.

"Ostatnia kohorta" nosi większość cech powieści awanturniczo-przygodowej, poruszając również kwestie etyczne i filozoficzne. Otaczająca bohaterów epoka schyłku potężnego Imperium Romanum skłania do współubolewania z powodu ogarniającego Europę barbarzyństwa, ale równocześnie stawia szereg trudnych pytań. Czy już cztery po Chrystusie chrześcijaństwo utraciło swoją porywającą moc? Czy legenda rzymskich legionów, "bóg wojny" może być jednocześnie prawdziwym chrześcijaninem? Autor nie odpuszcza ze swoimi pytaniami ani na chwilę, realne dialogi bohatera-narratora z myślicielami tych czasów zmieniają się wskutek fabularnych zawirowań w oniryczne rozmowy z majakami. Rozważania nad ludzką kondycją moralną barwią naturalistyczne opowieści, w których jest jednak, według mojego subiektywnego wrażenia, więcej smaku i estetycznych powściągów niż w prozie Andrzeja Sapkowskiego. O ile jednak Wiedźminland i świat Narrenturmu noszą odciśnięte piętno ateizmu, w ogarniętej pożogą Italii Bóg wciąż istnieje, choć pewien filozof chciał go uśmiercić, a stronnictwo bizantyjskich teologów - przegadać.

Podobieństwo "Ostatniej kohorty" do "Narrenturmu" trudno chyba przeoczyć. Dla przykładu Samson Miodek i mnich Atenajos wywodzą się z jednego archetypu postaci kryjących pod maską komizmu mądrość i pilnie strzeżoną tajemnicę. Łysiak udowadnia w swojej powieści, że można opowiedzieć porywającą serce historię bez odwoływania się na każdym kroku do świata elfów, wampirów i latających na miotłach czarownic. Przy tworzeniu świata brzytwa Ockhama okazuje się być bardzo użytecznym narzędziem. Podobnie ma się rzecz z ahistoryzmami. Zamiast wielu nieracjonalnych aluzji do czasów współczesnych, Łysiak wplótł w fabułę jedno – ale zdrowe i z przekomiczną interpretacją. Narrenturmowski mariaż powieści historycznej i fantasy był - jak teraz odczuwam - bardzo nużący, w odróżnieniu od wędrówki z tak bardzo ludzkim Juliuszem Fulviuszem. Nie bierzcie jednak moich analogii jako dowód wielkiego podobieństwa obu powieści. Sapkowski wysuwa cele gonitwy młodzika Reynevana na pierwszy plan. Łysiak bieg niektórych wydarzeń sam uprzedza, a i cel całego tego heroicznego przedsięwzięcia w pewnym momencie zaczyna być sprawą drugorzędną.

Za moich bardzo młodych lat historia Cesarstwa Rzymskiego była moją pasją. Choć z czasem ten afekt zupełnie wygasł, to wróciło do mnie jego dalekie echo. Typowa konserwatywna tęsknota za bohaterem zdolnym w sposób zdecydowany przeciwstawić się złu. Jedni się nią pokrzepią, inni wyśmieją. Józef Fulviusz nie waha się dochodzić sprawiedliwości w sposób bezwzględny i bezkompromisowy, przez co z pewnością narazi się na potępienie ze strony ludzi, dla których bezwarunkowe miłosierdzie jest priorytetem zawsze i wszędzie. Czy jednak rzeczywiście w każdej sytuacji najlepiej stać biernie i tylko nadstawiać drugi policzek? Być może będzie dane nam albo naszym dzieciom żyć w podobnie dramatycznych realiach, kiedy to budowana wspólnym wysiłkiem Europa ulegnie inwazji XXI-wiecznych barbarzyńców. Jeśli miałbym napisać jakieś zdanie zachęcające do przeczytania tej powieści, wybrałbym bez wahania jedno. „Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, są skazani na jej powtarzanie”.

wtorek, 10 lipca 2007
Miłość w czasach Światowida. Odcinek 2: Imigranci

Zegar w holu tykał cichutko. Kamil Winiarski chodził nerwowo pomiędzy wyjściem a recepcją. Było już mocno po dziesiątej i poranny gwar w budynku na ulicy Czerskiej powoli przeradzał się w przedpołudniowy bezruch. Czas mijał, a oczekiwana przez dziennikarza osoba nadal się nie pojawiała.

Wreszcie drzwi otworzyły się i stanęła w nich ta osoba, której oczekiwał dziennikarz. W każdym geście ciała spóźnionego przybysza było widać silne zdenerwowanie. Zaskakująco młoda twarz wyrażała solidny przestrach. Winiarski zapomniał w jednej chwili o swojej przygotowanej zawczasu długiej i wyjątkowo kąśliwej tyradzie.

- Ty jesteś Ernest Burns? Chyba nie przestawiłeś czasu z irlandzkiego na nasz - rzucił złośliwie.
- Przepraszam... najmocniej... naprawdę starałem się... na czas - wychrypiał Burns z miną zbitego psiaka. - Zdążymy? - spytał.
- Jeśli nawet, to najlepsze miejsca już nam pozajmowali - burknął Winiarski i sięgnął do kieszeni po plastikową kartę. - Nie zgub, bo to dwie stówki w plecy i tydzień uziemienia. A teraz jazda do samochodu.

Zaczęli biec. Winiarski pomimo swojej czterdziestki na karku parł do przodu jak byk rozdrażniony czerwoną płachtą. Burns ledwo dotrzymywał mu kroku, a kiedy dotarli do granatowego fiata stellare, był cały lepki od potu. Winiarski zerknął na niego z błyskiem satysfakcji w oku. Zajęli miejsca. Samochód ruszył spod Czerskiej z piskiem opon.

- Pamiętasz, co dziś się kroi? - ni to zapytał, ni to stwierdził Winiarski sunąc przez miasto. - Przyjechał Laszlo Blanar, nowy komisarz UE. Ma to być niby wizyta gospodarska, ale wiadomo, że będzie chciał namawiać nas na przyjęcie wspólnej polityki imigracyjnej, której my oczywiście nie chcemy. Znowu kurna wychodzi, że stawiamy się w poprzek całej polityki unijnej. To jakiś pieprzone fatum. Co dla całego Zachodu było trucizną, dla nas stało się lekiem. Fakt, że lek ten powoduje też pewne skutki uboczne, ale i tak cała polska scena od lewa do prawa chce otwartych granic na świat. Kiedy znów inne kraje rzygają imigrantami. Zupełnie tak, jakby do nas trafiali ci lepiej wykształceni i mniej awanturujący się.

Winiarski mówił szybko, Burns słuchał. Znał unijne prawo migracyjne z własnego doświadczenia, choć problemy zwykłych ludzi okazywały się jak zwykle zupełnie inne od rzeczy, o które kłócili się politycy i publicyści. Po kwadransie byli na miejscu.

Na sali konferencyjnej zastali już tłumek dziennikarzy, ale komisarz z premierem jeszcze nie przyszli. "Masz szczęście żółtodzioba" - mruknął Winiarski, zajmując wolne miejsce w kącie. Dosłownie chwilę później konferencja się rozpoczęła.

Laszlo Blanar nie mówił zbyt długo, swoje stanowisko zaprezentował w kilku zdaniach. Każde z nich idealnie nadawało się do zacytowania. "Za wspólnotą gospodarczą musi iść zgodna, wolna od lęków i uderzający w interes całej Unii ambicji, polityka imigracyjna - chaos grozi destabilizacją i zaprzepaszczeniem bogatego dziedzictwa kulturowego wytworzonego poprzez ponad pół wieku również przez Polskę i Węgry. Przemawiający po unijnym komisarzu polski premier miał słabszą i mniej porywającą wypowiedź. "Tę różnicę w stylu przemawiających należy zaznaczyć" - szepnął Winiarski Ernestowi, który notował zawzięcie na swoim służbowym tablecie. Burns posłuchał. Całość uwieńczył komentarzem: "Przyjęcie nowego prawa uderza jedynie doraźnie w polskie interesy. Jakkolwiek, od początku ustanowienia tak zwanych 'Ustaw Sofijskich' otwierających unijne granice dla imigrantów z całego świata i zezwalających krajom na swobodne podpisywanie bilateralnych umów z innymi krajami, w kuluarach PE uzgodniono, że jest to rozwiązanie tymczasowe, a przepisy zostaną ujednolicone w celu osiągnięcia dla państw Unii lepszych pozycji negocjacyjnych. W dalszej perspektywie jest to dla Polski hamulec bezpieczeństwa, chroniący ją przed zamieszkami i trudnościami związanymi ze społeczną adaptacją nowych obywateli Europy."

Burns postawił kropkę, ale po przejrzeniu całego tekstu pokręcił z dezaprobatą głową. "To nie tak powinno wyglądać" - pomyślał. "Podstawowa zasada, informacje osobno, komentarz osobno. To będzie całkiem do przerobienia!". W tej samej chwili Winiarski szturchnął go.

- Idziemy, szybko! - mruknął konspiracyjnie. - Trzeba dać do wydania internetowego przed innymi!

Podobnie myśleli chyba też inni, bo tłum zbierający się do wyjścia napierał prawie tak, jakby ogłoszono alarm pożarowy. Burns z Winiarskim włączyli się do tego nurtu, nieznacznie pomagając sobie łokciami. Nagle Burns zderzył się z kimś tak mocno, że omal się nie przewrócił. Odwrócił głowę i ujrzał wysokiego, umięśnionego młodzieńca, którego tors niemal rozsadzał przyciasną marynarkę.

- O, Boże! - krzyknął Burns. - Nie mógłbyś, człowieku, trochę uważać?

Na twarzy chłopaka odmalowało się głębokie oburzenie. Jego reakcja zaskoczyła Burnsa kompletnie. W jednej chwili młody drągal wymierzył Burnsowi solidny policzek i drżącym głosem wyrecytował:

- Nie będziesz wzywał imienia Pana, B-ga twego do czczych rzeczy!

Powszechny wyścig w kierunku wyjścia został przerwany. Jak piranie, które polują na kąpiące się młode Indianki, tak i wokół nich zaczęli zgromadzić się dziennikarze i fotoreporterzy gotowi złapać na żywo szykujący się skandal. Główni sprawcy zamieszania stali naprzeciwko siebie, oboje zaskoczeni biegiem wydarzeń. Do drągala podszedł energicznie znany Burnsowi z widzenia dziennikarz "Naszej Rzeczpospolitej" i ujął go pod ramię. "Co w Ciebie wstąpiło, Wasyl!", warknął drągalowi do ucha, szybko opuszczając sale. Winiarski dał gestem do zrozumienia, że również powinni oddalić się jak najszybciej. Podczas całej drogi do samochodu nie zamienili ani słowa.

Już poza zasięgiem mikrofonów i obcych uszu Burns zaklął. Bardzo soczyście. Niewiele mu ulżyło.

- Welcome in the real world! - powiedział Winiarski, najwyraźniej całkiem rozbawiony całą sytuacją. - Podejrzewam, że nie wiesz, że mówienie pewnych rzeczy publicznie może obrażać czyjeś uczucia religijne?

Burns wykonał obraźliwy gest, zbyt zbulwersowany, żeby skomentować.

- Wbrew temu, co dzisiaj widziałeś, Wasyl to zmyślny chłop. Jest z drugiej strony barykady, ale ma tęgie pióro no i chody u swojego naczelnego. Jeśli planujesz się odegrać, lepiej zapomnij. Już lepiej poczekać aż sam przeprosi.

- No sorry, Kamil, ale naruszenie nietykalności cielesnej podpada pod paragraf! Mam każdemu sobie pozwalać bić w gębę ?! - zaperzył się Burns.

- Obraza uczuć religijnych też - Winiarski spojrzał na niego z ojcowską troską. - Ale nie martw się. Mamy z Rzepą pakt o nieagresji. Wszystko załatwimy tak, że będziesz prosił Wasyla, żeby cię jeszcze raz uderzył - dodał ze śmiechem.

- Pakt o nieagresji?

- Żadnych pozwów w sądzie, ataków personalnych, grzebania w rodowodach, finansach, nic co by mogło podważyć reputację jednej albo drugiej strony. Chcemy kierować tym naszym polskim Titanikiem w różne strony, ale robimy dziury w pokładzie. Prosty, dżentelmeński kodeks honorowy. I tyczy się również ciebie.

Burns trawił przez chwilę otrzymane informacje. Wreszcie westchnął i powiedział zrezygnowany:

- Wiesz co, po prostu jedźmy. Muszę całą relację od nowa napisać od nowa...

- Oj tam, nie jest źle. Zaglądałem ci przez ramię.

- Ale...

- Więcej optymizmu, mniej krytycyzmu! - nasi redaktorzy wyciągną interesującą treść do gazety nawet jak dasz im paragon z hipermarketu. Tylko najlepiej już im prześlij to co napisałeś.

Niewidzialne bity informacji szły w eter. Fiat stellare przedzierał się dzielnie przez zatłoczone ulice. Winiarski tłumaczył szczegóły kolejnego zadania, a cała historia z konferencji odchodziła powoli w niepamięć. Lecz nagle stary dziennikarz się zaśmiał i rzekł:

- Ej, a ty wiesz, że ten Wasyl też jest imigrantem? Nawet w pewnym sensie pasujecie do siebie. Jak rodzeni bracia.

- Tylko ja nie mam w zwyczaju bić ludzi po twarzy - odrzekł Burns z przekąsem.

- To akurat szczegół. - powiedział Winiarski. - Już my cię tego nauczymy...

00:43, tecumseh.pl , Opowiadania
Link Komentarze (2) »
środa, 30 maja 2007
Historia Adolfa Dymszy
Adolf Dymsza, właściwie Adolf Bagiński (ur. 7 kwietnia 1900 w Warszawie, zm. 20 sierpnia 1975 w Górze Kalwarii) – polski aktor kabaretowy i filmowy. Ukochany przez publiczność warszawską "Dodek". (...)
Lata okupacji spędził w Warszawie, grając w jawnych teatrach rewiowych (Komedia, Nowości, Niebieski Motyl, Jar), wbrew zakazowi konspiracyjnego ZASP-u.

Z tego powodu po wojnie przez sąd koleżeński ZASP został ukarany zakazem grania w Warszawie, musiał przekazywać 15% honorariów na Dom Aktora w Skolimowie i przez pewien czas jego nazwisko na afiszach musiało być zastąpione trzema gwiazdkami. Przeniósł się do Łodzi, gdzie występował w tatmtejszym Teatrze Syrena, a w latach 1948-1951 w Teatrze Powszechnym.(...)
Adolf Dymsza jest pochowany na Cmentarzu Komunalnym (d. Wojskowym) na Powązkach w Warszawie.

(za Wikipedią)

Zupełnym przypadkiem natrafiłem na historię tego aktora i widzę analogię między nim a aktorami współpracującymi z SB i donoszących na kolegów.  Dla ludzi wychowanych przez Polskę międzywojenną możliwe i moralnie słuszne było wyegzekowanie "pokuty" dla kolegi z branży, który ich zdradził. Możliwe było potępić czyn, a nie samą osobę - Adolf Dymsza kończy uhonorowany za wszystkie dobre rzeczy, które zrobił w swym życiu.

Gdy porównać reakcję otoczenia wtedy i dziś, można dojść do smutnego wniosku, że poczucie honoru i przyzwoitości przez czterdzieści pięć lat Polsku Ludowej mocno podupadło. Nieumiejętność rozróżnienia między sprawiedliwością i zemstą kładzie głęboki cień na dzisiejsze elity. Czasy okupacji były nieporównywalnie cięższe od peerelowskich, a mimo to ludzie wychowani w duchu przedwojennym nie szukali na siłę usprawiedliwień i nie kierowali się źle pojmowaną zasadą zawodowej solidarności. Mieli w sobie to coś, czego wielu publicznym osobom bardzo brakuje.

Warto pamiętać tę historię, gdy jeden z drugim zacznie nam zarzucać bycie "bezlitosnym", "człowiekiem nie znającym tamtych realiów" albo obsypie ciekawszymi epitetami. Szukając sprawiedliwości, nie trzeba tonąć w bagnie relatywizmu. Wystarczy pójść za dawno ustanowionymi drogowskazami.
niedziela, 27 maja 2007
Miłość w czasach Światowida. Odcinek pierwszy.
Przed przeczytaniem odcinka polecam przeczytać prolog.



" Nie mów: Jak to jest, że dawne czasy były lepsze, niż obecne? Bo to nie jest mądre pytanie."
Koheleta 7:10


Pierwszy tydzień w Polsce
Dodano: 24.11.53 przez ernie26
Tagi: Polska, Warszawa, Terminator, Janusz Zajdel, ECRM

Przez taki magiel nie przeszedłem jeszcze nigdy. Przez całe życie nie składałem tylu dokumentów, co w ostatnim tygodniu. Bez moj Małgosi bym nie wyrobił psychicznie. Co ja zrobię, jak ona wróci do Dublina? Biegamy jak jacyś pomyleni maratończycy. Wynajem mieszkania (udało się nam prawie w samym centrum, bo na Ursusie), ubezpieczenia, pozwolenie na pracę i wreszcie rozmowa kwalifikacyjna w "DW"... Liczę, że potem się mi terminarz rozluźni, bo inaczej się całkiem od energetów uzależnię, bleh...

O Warszawie nie napiszę na razie nic odkrywczego, bo przyzwyczajenie się do ruchu prawostronnego pochłania całą moją percepcję podczas jazdy po mieście, a na spacery jak dotąd nie mieliśmy już siły ani ochoty (zimno i mokro).

Wczoraj dla rozluźnienia zrobiliśmy sobie maraton filmowy. Znaleźliśmy niezłe i niedrogie (10 euro za 10 godzin :) ) kino online. Skusiliśmy się na pakiet "Kultowe Science-Fiction". Mieliśmy lekkie zdziwko, bo w ramach tego pakietu dostaliśmy tak różne tytuły, jak "E.T.", "Terminator" i... "Granica nieskończoności". Czyli ekranizacja "Limes Inferior" Janusza Zajdla.

Jest rzeczą trudną do wyobrażenia, jak książka przeznaczona do dość elitarnego kręgu odbiorców może zostać zmielona przez kulturę masową. Wczoraj zrozumiałem, że ekranizacja "Limes inferior" była jeszcze bardziej druzgocącym ciosem wymierzonym w jej przesłanie niż umieszczenie jej na liście obowiązkowych lektur. Tak, w polskiej szkole w Dublinie też musieliśmy przez to przechodzić.

Wbrew sensacyjnym "odkryciom" młodych gniewnych blogosfery, system panujący w zajdlowskiem Argolandzie nie ma nic wspólnego z programem European Comprehensive Regional Management. Jest na ten temat masa opracowań, więc nie będę sie mocno rozpisywał. ECRM jest systemem wsparcia decyzyjnego. WSPARCIA, nie podejmowania decyzji! Tego typu systemy posiada od co najmniej czterdziestu lat każda licząca korporacja. I jak każdy zintegrowany system analityczno-doradczy. W zależności od funkcjonalności, w biurokratycznej hierarchii zajmuje miejsce albo sekretarki, albo niezależnego eksperta. Dzięki niemu w Brukseli wydarzyła się rzecz bezprecedensowa w skali całego wieku. Pięć lat po wprowadzeniu zmniejszono liczbę etatów urzędniczych o 25 procent. A Parlament Europejski jak pracował i podejmował decyzje, tak będzie robić to dalej.

ECRM nie został narzucony siłą ani Polsce, ani Unii jako całości. Cokolwiek piszą o tym euro- i technofobowie, to BYŁA opłacalna inwestycja. Zresztą, czas najlepiej to udowodni. Dzięki temu systemowi nasz kontynent nie da się wyprzedzić przez duet indyjsko-chiński, o USA już nie wspominając. Tam zresztą religijne oszołomy już wkrótce rozbiją ten kraj w drobny mak, więc temu krajowi należy bardziej współczuć niż z nim konkurować...

Cóż, może chociaż filmy pomogą mi się zaklimatyzować w nowym-starym kraju. Przez tę pogodę czuję się tu jak na syberyjskim zesłaniu. Ale damy radę. Wstyd by było przyznać, że jesteśmy miękcy. :P

REKLAMA


GoogleOS SmartHome 2050 - profesjonalny montaż od piwnicy po strych!


Zobacz ogrody Semiramidy z Babylon Tours - 2 tygodnie w Persji od 1999 EUR/os


"Drugie życie" - graj on-line ze 180 milionami ludzi i zarabiaj nawet 1500 euro tygodniowo!

piątek, 04 maja 2007
Pomniki Armii Czerwonej w Polsce
Mam już dyndający na koniuszkach palców pomysł na następną część "MwcŚ", więc będę pisał krótko. Jak nietrudno się domyślić, popieram Estonię w jej sporze z Rosją na temat usunięcia "Brązowego Żołnierza" z centrum Tallina. Parę lat temu, na wszelkie uwagi dotyczące wojny czeczeńskiej Kreml twardo odpowiadał, że "to wewnętrzna sprawa Rosji". W drugą stronę ta relacja nie działa - przeniesienie kawałka kamienia powoduje takie grubiańskie zachowanie, że aż mnie wykrzywia.

Przy okazji rozwinęła się tu i ówdzie dyskusja na temat pomników Krasnej Armii w Polsce. Między innymi pomnika "czterech śpiących" przy Dworcu Wileńskim. Moje zdanie jest następujące: choć ostateczna decyzja i tak będzie należeć do władz lokalnych, mi takie pomniki nie przeszkadzają ani nie ranią jakichkolwiek uczuć.

Znam historię i wiem, w jaki sposób Związek Radziecki "wyswabadzał" Polskę, pamiętam jego bierność podczas Powstania Warszawskiego. Jednak pomniki upamiętniają w moim przekonaniu nie tych, co stali za takimi decyzjami, ale zwykłymi, szeregowymi krasnoarmiejcami. Związek Radziecki poniósł liczebnościowo największe straty ze wszystkich państw II Wojny Światowej. Tak naprawdę to Rosjanie, Ukraińcy, Gruzini i inni nieszczęśnicy mieszkający w Kraju Rad są największymi ofiarami II Wojny Światowej. ZSRR straciło w niej 20 milionów ludzi i choć część to nieuniknione "straty wojenne", wielu ofiarom na pewno można było zapobiec, gdyby dla kadry oficerskiej liczyło się coś takiego, jak ludzkie życie. Jest to dla mnie niesprawiedliwe, że prostym ludziom, będącymi ofiarami komunistycznemu systemu, dokłada się odpowiedzialność za podłości, których nie popełnili.

Ktoś zapyta w tym momencie: "No dobrze, ale czy pomniki hitlerowców też byś zostawił?". Odpowiem krótko: nie. Bo jak by nie oceniać historii, to Armia Czerwona przyniosła nam więcej wolności, niż mieliśmy ją w Generalnej Guberni. Z całym szacunkiem dla wszystkich ofiar komunizmu w Polsce, ale gdyby tak Stalin nie poszedł na Berlin, tylko poczekał sobie, aż Europa się bardziej wykrwawi?

Nie będę płakał po pomnikach. Ale, na litość, spójrzmy na historię szerzej niż według schematu "My biedni, pokrzywdzeni, uciskani...". I zamiast narzekać na wieczny Weltschmerz cieszmy się tym, co mamy.
czwartek, 03 maja 2007
Miłość w czasach Światowida
- Panie Leszku! Panie Leszku!
Krótki wdech. Głęboki wydech.
- Panie Leszku, za piętnaście minut ma pan ważne spotkanie!
Jęknięcie. Uczucie błogiego bezruchu próbujące wyrwać się z niewoli przymkniętych powiek.
- WSTAWAJ NATYCHMIAST, DO CHOLERY! MAM WŁĄCZYĆ ŚWIATŁO NA CAŁĄ MOC? - głos kobiety uderzył znienacka jak carska nahajka.

Leszek Grabiński z boleścią malującą się na twarzy przyłożył dłoń do skroni. Drugą odruchowo sięgnął po spoczywające na biurku okulary. Wbrew słownemu szantażowi światło nie zapaliło się, za to z cichym pomrukiem zaczęły się podnosić automatycznie sterowane żaluzje. "Nienawidzę jesieni i tej pieprzonej szarości..." - rozpoczął swój codzienny myślowy monolog, lecz przerwał, gdy zobaczył twarz osoby, która przerwała mu jego drzemkę. O ile coś istniejącego tylko na ekranie monitora można było nazwać osobą.

- Mówiłem ci kiedyś, Jane, że udawanie przez ciebie mojej byłej radykalnie psuje mi humor?
- Bardzo przepraszam, panie redaktorze - skruszony wyraz twarzy komputerowego fantomu wyglądał prawie naturalnie. - Ale wskutek ostatnich rotacji kadrowych ta rozmowa jest dość istotna. Pana profil psychosomatyczny wykazuje jasno, że dopiero piętnaście minut po drzemce odzyskuje pan pełną sprawność umysłową.
- I do tego potrzebuję pogawędki z cycatym spinaczem z Office'a? - Redaktor naczelny "Dziennika Wyborczego" poprawiał w lustrze wymięty garnitur, żując w ustach cukierka energetyzującego.
- A żeby pan wiedział! - monitor obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. - Jeśli to ma pana pocieszyć, to według pokątnych źródeł, naczelny "Naszej Rzeczpospolitej" ma w roli elektronicznego asystenta małego cherubinka. A szefowa "Trybuny Polskiej" co ranek rozmawia z rozkosznym grubiutkim chomiczkiem. Jeśli więc pan martwi się o swoje zdrowie psychiczne, to w porównaniu do konkurencji nie jest aż tak źle.
- Żywych asystentek nikt już nie zatrudnia? - mruknął Grabiński. - Trudno uwierzyć.
- Nikt, kto chce należeć do czołówki. A jeśli nawet, to się nie przyznają. Posiadanie sekretarki jest antiquato. Sami do tego przyłożyliśmy rękę.
- A wszystko przez ten cały neofeminizm, zgadłem?

Jane uśmiechnęła się w odpowiedzi.

- Niech się smażą w piekle, babiszony - Grabiński skrzywił się. - Ale do rzeczy. Przypomnij mi proszę, co to za mistrza pióra mam sprawdzić?
- Mistrz pióra, jak mistrz pióra. - Jane wzruszyła pikselowymi ramionami. - Dobre, solidne rzemiosło, bagaż zagranicznych doświadczeń, poglądami powinien mieścić się w linii programowej. W kraju nie ma powiązań ani kontaktów. Reemigrant. Patrząc na jego papierową osobowość, to prawdziwe kuriozum. Po co ktoś z drugiego pokolenia miałby wracać do takiego magla? Proszę go sprowokować, by wypowiedział się, czy i jakiej jest religii. Byle nie wprost, bo nie wolno.
- Mi jest wszystko wolno, skarbie - odpowiedział naczelny, uśmiechając się porozumiewawczo do swego odbicia w lustrze.
- Ale rotacja...
- Sama wiesz, że na rynku jest pełno małych pisarczyków, gotowych za posadkę u nas sprzedać swoje matki. Większość głupia jak but, ale część można ociosać, podciągnąć i wyrównać.
- Kiedyś może i tak się dało, ale nie w tych czasach. - Słysząc te słowa, Grabiński odkrył nagle, że algorytm cyfrowej asystentki przetwarzał jego własne rozmowy telefoniczne, wyciągając z nich zabarwioną emocjonalnie intonację. - Przez wszystkie te ruchy religijne ci młodzi, perspektywiczni, z dnia na dzień głupieją. Głupieją! Jeden świr nakręca drugiego świra. Co tydzień przez Chmielną idzie droga krzyżowa. W Lasku Kabackim tańczą rodzimowiercy, na Saskiej Kępie ktoś regularnie puszcza nagranego na płytę muezzina. Za miesiąc będzie święto Chanuka, ciekawe co starozakonni wymyślą.
- Ech skończ, Jane, w narzekaniu zupełnie nie przypominasz człowieka. Powiedz lepiej, jak możemy wykryć, czy w naszym aplikancie nie kryje się przyszły zaślepiony religią fanatyk.
- Oboje rodziców żyją i nawet nie są w separacji. Problemów finansowych brak, w stałym niesformalizowanym związku od roku, czysta kartoteka w Europejskim Rejestrze Medycznym, jeśli chodzi o wizyty u psychoterapeuty. Na oko - najbardziej normalny z normalnych.
- Ho, ho - zaśmiał się naczelny. - Nie było napisane w dokumentacji, że jesteś moją prywatną ABW!
- Mam w Eurostradzie mniejsze uprawnienia od pana, więc proszę bez niesmacznych aluzji. Prawo prasowe daje wgląd w wiele rzeczy. Niech pan uwolni się wreszcie od dwudziestowiecznych histerii! Mamy lata pięćdziesiąte, musimy działać racjonalnie!
- Racjonalnie? Właśnie nawiedza nas era antyracjonalizmu, moja droga. Pilnuj się, bo może i ty zaczniesz wkrótce nosić krzyżyk albo czarczaf.

Zadzwonił telefon. Redaktor naczelny "Dziennika Wyborczego" odebrał go i powiedział szybko: "Proszę powiedzieć, żeby poczekał. Pójdziemy porozmawiać do salki konferencyjnej." Twarz Jane zmarkotniała.
- Nie będę mogła zobaczyć pana w akcji? - spytała.
- To za tą dzisiejszą pobudkę, mała diablico - wycedził, stojąc w progu. Zatrzasnął drzwi, zostawiając swą asystentkę z całą stertą danych lingwistycznych do przetworzenia.
- Zostawił mnie, bym jak mój pierwowzór oddzielała mak od piasku - powiedziała metalicznym głosem Wirtualna Asystentka Jane Cinderella. A po chwili, trenując różne mimiki twarzy, dodała: Ale się stary dziadyga zdziwi, jak zobaczy moją karocę z dyni!
11:21, tecumseh.pl , Opowiadania
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 maja 2007
Zerwijmy z autorytetami!
Wśród polityków o opozycyjnej przeszłości coraz bardziej rozpowszechnia się "syndrom Wałęsy". Chwalebna przeszłość staje się dla nich kartą przetargową, a próby jej podważenia albo wskazywanie ciemnych kart historii opozycjonistów traktowany jest jak personalny atak. Zdumiewające, jak przywiązani do historii są ci, którzy nas namawiają do oddzielenia jej grubą kreską i wybrania przyszłości. A może jest w tym jakaś prawidłowość?

Wpojone zostalo mi takie przekonanie, że człowiek naprawdę wielki nie żyje tym, aby przekonywać innych o własnej wielkości. On stawia siebie w centrum nie siebie, ale te wartości, dla których żył i żyje. Skoncentrowany na ideach, nie widzi problemu w przyznaniu się do życiowych błędów. Dostrzega ludzi dookoła siebie i docenia ich pracę. Spotkałem się z takimi ludźmi i jestem pod głębokim wrażeniem, jak mogli oni przeżyć swoje życie. Widuję też w mediach ludzi uważających się za kogoś znaczącego, lecz zupełnie nie przystających do mojego wyobrażenia na temat autorytetu. Co w takim wypadku należy robić?

III RP, wbrew ponurej wizji jej krytyków, była mimo wszystko dużym krokiem naprzód. Wbrew bardzo modnemu pesymizmowi powiedzmy sobie uczciwie - zyskaliśmy całkiem sporo! Jednak jak czasami rodzice bywają bezkrytyczni wobec swojego dziecka, tak i Ojcowie-Założyciele III RP pozostają nieczułe na pewne drażniące ułomności swojej pociechy. Widok rozhisteryzowanego dziecka, któremu aplikuje się zastrzyk w pupę to widocznie dla niektórych zbyt trudny test na odpowiedzialne ojcostwo.

Zupełnie inni przywódcy są potrzebni społeczeństwu na czas konfliktu i na czas pokoju. Wiedzieli o tym rozsądni Brytyjczycy, którzy po II Wojnie Światowej nie poparli Winstona Churchilla, mimo, że był on niewątpliwym autorytetem i bohaterem narodowym. W pierwszych wyborach moglibyśmy uznawać polityczne obycie jako decyduje atut - dziś znajdziemy je u wielu innych osób, niekoniecznie związanych z "S" albo PZPR. Wielu ludzi będzie podnosić sztandary z hasłem "Jestem antykaczystą!", wielu będzie piec ziemniaki w cieple autorytetów trzeciej RP. Nie daj się im ogłupić. Obojętnie z którą Rzeczpospolitą czujesz się związany. Czy stoisz z lewej strony barykady, czy z prawej, czy siedzisz okrakiem bezpośrednio na niej.

Należy jasno postawić granicę. Jeśli ktoś jest aktywny w grze politycznej, na jego posiłkowanie się swoim kombatanctwem nie powinniśmy zwracać uwagi. W mocno uproszczonej dobre są wskazówki Wujka Dobrej Rady z "Misia": jeśli ktoś mówi brzydkie słowa, należy udawać, że się go nie słyszy :) A tak już bardziej poważnie, tytuł "Zerwanie z autorytetami" traktuję w sposób dosłowny. Związek władzy i czynnych autorytetów jest toksyczny i dla dobra nas, zwykłych ludzi, należy go zerwać. Jednocześnie warto zrobić to z klasą, bez pogardy i oszczerstw, z szacunkiem i wdzięcznością za to, co było dobre. To też jest potrzebne dla naszego dobra. W przeciwnym razie pokolenie po nas potraktuje nas tak samo, jak my potraktowaliśmy ich.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8